Wywiad z Andrzejem Jedynakiem. Przez ciernie do gwiazd

Agnieszka Kmiotek: Naszym rozmówcą jest pan Andrzej Jedynak, nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej im. Jana Brzechwy w Lubzinie, trener El- Bet Sumo Lubzina, trener zapasów w Wisłoce Dębica, Szef Wyszkolenia w Polskim Związku Sumo i sędzia klasy międzynarodowej w sumo. Panie Andrzeju, na początek trochę wspomnień. Jest pan nauczycielem wychowania fizycznego od ponad 40 lat. Przez ten czas, po dziś dzień, szkoła w Lubzinie jest sportową potęgą. Pamięta pan, jakie dziedziny sportu trenowaliście?

Andrzej Jedynak: Oczywiście! Wszystko zaczęło się w 1995 roku, kiedy oddano do użytku salę gimnastyczną. Założyłem wtedy klub UKS Lubzina. Od 1996 roku systematycznie zaczęliśmy jeździć na zawody. Początkowo były to zapasy w stylu klasycznym. Zapasy trenowaliśmy do 2012 roku. Natomiast od 2008 roku zaczęliśmy się „bawić” w sumo. Ze względu na to, że trenowanie dwóch dyscyplin przez jednego trenera nie było możliwe, a dzieciom bardziej podobało się sumo, więc zdecydowaliśmy o rozwijaniu tej właśnie dziedziny sportu.

Image Not Found

A.K: Jest Pan bez wątpienia symbolem Lubziny, znakiem rozpoznawczym, marką. Jak się Pan z tym czuje? Czy to zobowiązanie, czy wyzwanie?

A.J: Marką? (śmiech). Jestem przede wszystkim nauczycielem i wychowawcą. Klub sportowy to raczej hobby, pasja. Pracuję w nim społecznie, bo lubię to, co robię. Zaangażowałem się w działalność sportową i to mnie trzyma w formie i daje siłę.

A.K.: Którzy zawodnicy na przestrzeni lat utkwili panu najbardziej w pamięci i dlaczego?

A.J: Takich nazwisk mógłbym wymienić ponad sto. Ludzie z Lubziny są „charakterni”, waleczni i uparci. Ale spróbujmy. Na pewno to będzie Witold Walczyk, który zdobył dla Lubziny pierwszy medal w zapasach. Pamiętam, jakby to było dziś. Był to turniej w Siedlcach w 1996 roku, Witek zdobył złoto w kategorii do 32 kilogramów. Szczególnie pamiętam też złoty medal w 2011roku zdobyty na Mistrzostwach Europy w sumo. Na najwyższym podium stanął wtedy Rafał Głodek.

A.K.: A jakie wyjątkowe wydarzenia zostały przez pana zapamiętane?

A.J.: To bez wątpienia wszystkie wyjazdy do Japonii. Jestem zachwycony kultura japońską. Niesamowity były też wyjazdy na Igrzyska Światowe World Games do Birmingham w USA, na Tajwan, do Arabii Saudyjskiej. Oprócz tych orientalnych i egzotycznych krajów, szczególne miejsce zajmuje wspomnienie o pierwszym Mazurku Dąbrowskiego, usłyszanym w Warnie w 2011 roku. Rafał Głodek zdobył złoty medal w kategorii do 75 kilogramów. To był pierwszy raz, kiedy Mazurka grano dla Lubziny, dla Klubu i dla mnie. Naprawdę wzruszająca chwila! Muszę tu dodać, że za każdym razem, gdy odgrywany jest nasz hymn, to łezka w oku się kręci. Ostatnio wybrzmiał w tym roku w Krotoszynie, gdzie Hubert Dęborowski zdobył złoto w kategorii do 70 kilogramów.

A.K.: Odebrał pan w swoim życiu mnóstwo odznaczeń, nagród, był pan laureatem wielu sportowych konkursów i plebiscytów. Które z tych wyróżnień jest dla pana najcenniejsze?

A.K.: Do nagród podchodzę bardzo spokojnie, ale najbardziej cenię sobie Złotą Odznakę za Zasługi dla Sportu. Całe życie jestem związany ze sportem i chyba dlatego ta odznaka jest cenniejsza od innych medali i nagród. Otrzymałem też Brązowy Krzyż Zasługi od prezydenta L. Kaczyńskiego.

Image Not Found

A.K.: Czy poza sportem ma pan jakieś pasje? Czy może działalność trenerska zajmuje za dużo czasu?

A.J.: Faktycznie, wolnego czasu jest bardzo mało. Poświęcam się sportowi w 100%, jestem niemalże gościem w domu, ale jeśli mam chwilkę wolnego, to wsiadam na motocykl i jadę przed siebie.

A.K.: Wróćmy do sumo. Skąd pomysł? Czy każdy chętny nadaje się do tego sportu? Czy musi mieć jakieś konkretne predyspozycje?

A.J.: Myślę, że każdy może się w tym sporcie wyżyć i odnaleźć. Pytanie tylko, czy będzie chciał trenować, rozwijać się i pracować na sukces. Powiem szczerze, że lubię takich zawodników, którzy nie mają szczególnych predyspozycji, ale są tzw. „pracusiami”. Natomiast ci, którzy mają talent, czują, że wszystko im przychodzi łatwo i szybko, więc tracą zainteresowanie i błyskawicznie kończą karierę. Lubię zawodników wytrwałych, konsekwentnych, bo tacy na treningach i w klubie zostają i rozwijają się. W tym sporcie najważniejsza jest systematyczność, dążenie do celu, do spełnienia marzeń.

A.K.: Typowe dla sumo kontuzje, to?

A.J.: Sumo to sport walki, ale kontuzje zdarzają się bardzo rzadko. Oczywiście, są uderzenia, dźwignie, rzuty, więc wydaje się, że może dojść do jakiegoś urazu. Ale zanim zaczną się walki,  zawodnicy trenują, przeprowadzają rozgrzewki, uczą się pewnych zachowań, więc tych kontuzji jest naprawdę niewiele i są znikome. W ostatnich trzech latach była jedna, drobna kontuzja.

A.K.: Czego uczy sumo? Bo każdy sport wydobywa z człowieka jakieś specyficzne umiejętności, o które nigdy by się nie podejrzewał.

A.J.: Sumo uczy pokory. A jedną z zasad tego sportu jest szacunek dla przeciwnika. Tu nie można być nigdy pewnym, że wygra się nawet ze słabszym rywalem. To jest sport jednego błędu. W zapasach lub judo można wyjść z opresji, można skontrować. W sumo – nie. Tu jest jedna akcja. Albo się wygrywa, albo się przegrywa. I to natychmiast. Dlatego w walce trzeba być skoncentrowanym na 100%, przez cały czas jej trwania.

A.K.: Sumo sportowe i tradycyjne. Jakie są różnice? A może garść stereotypów na ten temat?

A.J.: Różnice są ogromne. Często ludzie mówią do mnie: „Sumo? To tacy wielcy, grubi ludzie!” Ja wtedy tłumaczę, że sumo zawodowe, japońskie to nie to samo, co sumo sportowe. W naszym sumo są kategorie wagowe, na świecie jest ich 4, a w Europie 8. Trenować więc może i ten mały człowiek, i średni, i duży. Natomiast zasady, regulaminy są takie same dla obu typów. Techniki walki różnią się nieznacznie. Zawodnik sumo sportowego to wszechstronnie wyszkolony wojownik, bardzo sprawny fizycznie, gimnastycznie. Ten sport jest przecież ogólnorozwojowy. Dlatego wszystkich zachęcam do wzięcia udziału chociażby na  etapie wstępnym, podczas którego mało jest elementów techniki, taktyki, a dużo czasu poświęca się na trening ogólny, czyli nabieranie sprawności fizycznej. Dopiero na tej bazie, jeśli zawodnik jest bardzo sprawny, budujemy resztę, czyli nauczamy techniki.

Image Not Found

A.K.: Mistrzostwa sportowe to także wyjazdy, na których można zaprezentować klub i walczyć o miejsca w rankingach. Skąd na to pieniądze? Bo to nie tylko podróże do sąsiednich województw, ale też po świecie.

A.J.: No tak. Otrzymujemy dotacje od Burmistrza Ropczyc, ale na to, by sfinansować wyjazdy dla zawodników w dość odległe rejony świata, zazwyczaj pieniędzy brakuje. Nasz klub jeździ na większość imprez sportowych, jakie odbywają się w kraju i za granicą. Mamy tę możliwość dzięki sponsorom, zaprzyjaźnionym firmom. Nigdy, podkreślam, nigdy nie odmówiły nam pomocy finansowej. Cieszę się, bo w tym roku udało nam się nawiązać współpracę sponsorską z firmą El- Bet z Dębicy. Dzięki temu otrzymujemy środki co miesiąc i możemy planować budżet na przyszły rok. Oczywiście zgodnie z wymogami, dostosowaliśmy nazwę klubu do sponsora. Stąd El- Bet Sumo Lubzina. Zawsze też, jeśli nam brakowało pieniędzy, zwracaliśmy się z prośbą do Burmistrza Ropczyc i nigdy nam nie odmówił. Za to – wielkie dzięki.

A.K.: Może pan wymienić kraje, miejsca, w jakich walczyli „Lizbończycy”?

A.J.: Ze swoimi zawodnikami zjeździłem cała Europę. Byłem w Japonii, Rosji, USA. Szykują nam się mistrzostwa w Bangkoku i w Rio de Janeiro. Tam jeszcze nie byłem i przypuszczam, że moi zawodnicy również, więc będziemy się cieszyć.

A.K.: A`propos, dlaczego nazywa pan swoich zawodników „Lizbończykami”?

A.J.: (śmiech) Podejrzewam, że to na zasadzie podobieństwa nazw: Lubzina i Lizbona. Już dawno temu, na jakichś zawodach, ktoś krzyknął na nasz widok: „O, idą Lizbończycy!”. Od tego czasu tak siebie określamy. Ale teraz, może troszkę nieskromnie powiem, każdy w kraju już wie, że Lizbończycy, to zawodnicy z Lubziny.

A.K.: A która podróż wywołała szok kulturowy?

A.J.: Japonia. Pierwsza podróż do Japonii, gdy pojechałem na zawody, odbywające się na wyspie Oki. Według Japończyków to kolebka sumo. Tam, co roku, w pierwszy tydzień listopada odbywa się turniej sumo dla amatorów. Pamiętam ten turniej, bo zawodnik z Lubziny, Adrian Gondek, ważący 80 kilogramów, wystartował w kategorii open i zajął drugie miejsce. Przegrał tylko ostatnią walkę z dużo cięższym Japończykiem. Zanim doszedł do finału odbył tam kilka walk z Japończykami i wszystkie rozstrzygnął na swoją korzyść. Wielkie wrażenie robi kultura japońska, szacunek do ludzi, ład, porządek, kodeks zachowań, czyli Bushido. Myślę, że każdy choć raz w życiu powinien tam pojechać. Rzuca się w oczy niesamowity porządek i czystość, choć na ulicach nie ma koszy, w szkołach nie ma sprzątaczek, drzwi do domów można zostawić otwarte, a gdy czegoś przez przypadek zapomnisz, będzie leżało w tym samym miejscu. Ludzie, autobusy, pociągi są absolutnie punktualne, a wszyscy są wobec siebie niesamowicie życzliwi. Jeśli na mieście się zgubisz,  ludzie nie będą ci tłumaczyć, jak dojść, tylko zaprowadzą cię na miejsce.

A.K.: Czas teraz na anegdotkę. Wiemy, że jest pan człowiekiem z ogromnym poczuciem humoru. Mógłby pan bez nazwisk, oczywiście, opowiedzieć jakąś zabawną historyjkę z tych podróży?

A.J.: Takich historii jest wiele. Zawodnicy to przecież młodzi ludzie, którzy lubią sobie robić kawały, żarty. Ale opowiem coś, co jednocześnie jest i śmieszne i straszne. Było to na zawodach seniorów. W grupie był zawodnik, który ciągle i wszędzie się spóźniał. W niedzielę przed zawodami zeszliśmy na śniadanie w hotelowej restauracji. Tego zawodnika, oczywiście, nie ma. Zjedliśmy, trzeba wychodzić na miejsca zawodów, a jego ciągle nie ma. Zdenerwowany okropnie wyciągnąłem telefon i dzwonię do niego. Zanim zdążył się odezwać, dostał ode mnie taką reprymendę, że …… . I wtedy usłyszałem w słuchawce inny głos. To nie był mój zawodnik, tylko jego tata. Zdenerwowany, wybrałem nie ten numer. I tak ojciec dostał „ochrzan” za syna. Oczywiście, szybko obróciliśmy wszystko w żart.

Image Not Found

A.K.: Wróćmy do początków pana kariery. Jak wyglądała praca wuefisty w szkole wiejskiej w tamtym czasie?

A.J.: Początki były trudne. Gdy przyszedłem do pracy w 1983 roku, miałem do dyspozycji takie sprzęty: kozioł, materac, dwie piłki, w tym jedna do piłki ręcznej, druga do nożnej. Ćwiczyliśmy na korytarzu, bo przy szkole było asfaltowe boisko, które nie nadawało się do grania. Za to mieliśmy dużą ilość sanek. Wf zimą wyglądał więc tak, że chodziliśmy od rana do późnego popołudnia w tzw. górki i szaleliśmy na tych sankach. Wracałem do domu przemarznięty i mokry, ale teraz wspominam to jako frajdę. Taki prawdziwy wf zaczął się dopiero z chwilą oddania do użytku sali gimnastycznej, a wraz z nią mnóstwa pomocy; piłek, materacy, obręczy, skrzyń itd. Ciężko byłoby wrócić do lat 80 i tych spartańskich warunków.

A.K.: A pierwszy wielki sukces sprzed ery klubów sportowych?

A.J.: Gdy przyszedłem do Lubziny, to królowała tam piłka ręczna. Też lubię ten sport. Wygrywaliśmy wiele meczy na turniejach powiatowych, a przeciwnicy wręcz się nas bali. Ale największym sukcesem były dla mnie zwycięstwa w biegach przełajowych ucznia o nazwisku Orłowski; to był niesamowity talent. Chłopak, nigdzie nie trenując, został mistrzem województwa podkarpackiego. Inni moi uczniowie zostali wicemistrzami województwa w skoku w dal, w pchnięciu kulą.

A.K.: Pana pasją są sporty walki. Skąd taki wybór? Charakter, wewnętrzna siła, która musiała znaleźć ujście?

A.J:  Sporty walki są różne. Nie jestem zwolennikiem boksu, MMA, KSW, czyli tych, w których wymaga się uderzeń, a po walkach zmywa krew z podłogi. Dla mnie najefektowniejsze są zapasy, sumo i judo, czyli te, w których przeciwnik przeciwnikowi nie robi krzywdy. Uważam, że to szlachetne sporty walki.

A.K. To jak wygląda program treningowy sumo? Bo my widzimy w zasadzie tylko efekty: walkę, wręczanie medali.

A.J.: Program to treningi, treningi i jeszcze raz treningi. Zawodnik musi mieć charakter, bo przygotowanie jest monotonne. Gdy poznaje techniki walki, to powtarza pewne elementy na każdym treningu dziesiątki razy. Najciężej jest w młodszych grupach, które ćwiczą, ale do końca nie wiedzą, po co to mają robić. Powtarzanie jest ćwiczeniem wyrabiającym pewne nawyki ruchowe, zachowania. To przygotowuje do przejścia na wyższy poziom, gdzie o wygraniu walki decydują niuanse. Znaczące jest, dlaczego nasz klub wszedł w sumo od razu na tak wysoki poziom. Większość zawodników z Lubziny trenowała wcześniej zapasy. Do technik walki wprowadziliśmy pewne modyfikacje, wzięte właśnie z technik zapaśniczych. Na pierwszych zawodach wyjazdowych przyglądano nam się z dużą ciekawością, bo technika, którą prezentowaliśmy, odbiegała od standardów. Do dzisiaj stosujemy w naszym klubie łączenie technik sumo z elementami zapasów i judo.

A.K.: Polska jest jedną z potęg sumo na świecie. Jakim cudem to się stało?

A.J.: Polskie sumo jest kierowane przez ludzi, dla których stanowi pasję, wypełnia życie. Prezydentem Europejskiej Federacji Sumo jest Polak, Dariusz Rozum. To prawdziwy pasjonat tego sportu. Ja przez 5 lat byłem trenerem kadry młodszych zawodników. Powprowadzałem mnóstwo zmian w regulaminach, rankingach. W 2018 roku zaproponowano mi stanowiska szefa wyszkolenia. Mogę stwierdzić, że z roku na rok, dzięki pracy trenerów i zawodników mamy coraz lepsze wyniki na arenie międzynarodowej. W 2018 zdobyliśmy 5 medali na mistrzostwach świata, w tym roku zdobyliśmy ich 7. W kadrze jest świetna atmosfera, a to sprzyja podejmowaniu coraz to nowych wyzwań. W tym roku jesteśmy na drugim miejscu w rankingu europejskim, a na świecie plasujemy się w granicach 4-5 w zależności od startów Rosjan. Wyprzedzają nas Japończycy, Ukraińcy i Mongołowie.

A.K.: Jest pan szefem wyszkolenia w polskim związku sumo i sędzią klasy międzynarodowej. Jaką ścieżkę trzeba było przejść, by takie tytuły uzyskać?

A.J.: Żeby zostać sędzią, trzeba przejść wiele stopni doskonalenia. Zaczyna się jako sędzia kandydat, następnie sędzia związkowy. Ja, muszę się pochwalić, dość szybko awansowałem. W 2016 na Mistrzostwach Europy na Litwie otrzymałem puchar dla najlepszego sędziego w Europie. Od 2018, czyli od kiedy zostałem szefem wyszkolenia, sędziuję już coraz mniej. Teraz moim zadaniem jest obserwowanie walczących i wyciąganie wniosków do szkolenia. Niemniej jednak byłem bardzo zadowolony, gdy rok temu dostałem powołanie na Światowe Igrzyska, by wystąpić w roli arbitra. W kraju sędziuję na większości zawodów, ale w tej chwili skłaniam się do kontynuacji ścieżki szefa wyszkolenia. Fach sędziego sumo przejmuje po mnie Kuba Nowakowski, również wychowanek klubu sumo z Lubziny, a od jakiegoś czasu gwiazda telewizji. Kuba sędziował już na mistrzostwach świata i jestem z niego bardzo dumny.

A.K.: Najbliższe wydarzenia sportowe. Gdzie i o co będziecie walczyć?

A.J.: W najbliższym tygodniu odbędzie się Puchar Polski Juniorów w Krotoszynie, są to eliminacje do przyszłorocznych Mistrzostw Europy w Atenach, w Grecji. Również w przyszłym roku będą Mistrzostwa Świata Juniorów i Seniorów w Krotoszynie. Miło by było, gdyby ktoś z Lubziny tam wystartował.

Image Not Found

A.K.: Jak rodzina odbiera pana pasję? Jest przecież czasochłonna, pożera energię, weekendy, święta. Żona i dzieci nie protestowali przeciw takiemu wyborowi?

A.J.: (śmiech) Żona nie protestowała. Pytała tylko, dlaczego wybieram sobie takie dziwne dyscypliny. Myślę, że się do tego przyzwyczaiła. Faktycznie, zabiera to dużo czasu. Powiem przykładowo: od 20 sierpnia do dziś nie miałem żadnego pełnego wolnego weekendu. Czasem zdarzy się niedziela w domu, ale wtedy piątek, sobota jestem na zawodach. Myślę, że za dwa, trzy lata będę myślał powoli o jakimś zakończeniu kariery. Co wtedy zrobi żona – nie wiem. Może się ucieszy. Pocieszam się myślą, że być może teraz zajmuje ją nowy pupil – kot Bond.

A.K.: Podsumujmy więc. 6 x „naj”. Największe zwycięstwo?

A.J.: Medal na Światowych Igrzyskach World Games

A.K.: Najlepszy zawodnik?

A.J.: Magdalena Macios, zdobywczyni medalu na World Games, walczyła wtedy z kontuzją i wygrała walkę z siedmiokrotną zwyciężczynią tych igrzysk. Magda to dwukrotna Mistrzyni Europy Seniorek i dwukrotna medalistka Światowych Igrzysk.

A.K.: Najciekawsza podróż?

A.J.: Pierwsza podróż do Japonii

A.K.: Najbardziej niesamowita walka?

A.J.: Walka półfinałowa Huberta Dęborowskiego na ostatnich Mistrzostwach Europy. Hubert zrobił wtedy coś niemożliwego. Po jego walce wszyscy widzowie wstali z miejsc i bili mu brawo.

A.K. Największa niespodzianka?

A.J.: Sytuacje, gdy wydaje się, że walka będzie przegrana, a tu następuje zwrot i zawodnik zostaje mistrzem.

A.K.:  Największa miłość?

A.J.: Żona i dzieci; rodzina. Na drugim miejscu sport. To taki krótki ranking.

AK. Dziękujemy za wywiad i życzymy dalszych sukcesów i osobistego szczęścia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *