Przeliczamy, kto wygra wybory

Walka o mandaty do rady powiatu, rad miejskich, sejmiku wojewódzkiego i na stanowiska burmistrzów rozpoczęta. Widać to i w internecie, i na ulicach. Przybywa banerów na płotach, budynkach, tymczasowych konstrukcjach, przyczepach. Facebook i Instagram kipią od, póki co, ugrzecznionych haseł, zdjęć i tych samych list wykonanych dla dobra lokalnej społeczności zadań.

Zaczyna też powoli wkraczać czarny PR, na razie w formie tradycyjnej – plotek, hejtu, niszczenia plakatów.

Tymczasem matematyka jest nieubłagana. O ile przy wyborach burmistrzów sprawa jest prosta (wygrywają kandydaci z najwyższą liczbą głosów), to już do rad – pojawiają się komplikacje. Obowiązuje tu metoda D’Hondta. Po pierwsze liczyć się będą te komitety, które przekroczą 5% próg wyborczy. A więc ten przelicznik korzystny jest tylko dla dużych komitetów/partii. Po drugie, ilość mandatów dla poszczególnych list ustala się dzieląc wszystkie głosy oddane na dany komitet przez kolejne liczby naturalne. Można się zgubić? Ale zauważyliście, że listy układane są w sposób specyficzny? Na pierwszej i drugiej pozycji do rady powiatu są kandydaci, którzy muszą przejść. Trzeci taki kandydat jest na miejscu ostatnim. Do rad gmin jest podobna sytuacja. Zwiększa się tylko (przy w miarę proporcjonalnie rozłożonych głosach) ilość osób „awansujących” do około 5. Sprawdźcie! Według statystyk, przy, podkreślam, w miarę rozłożonych głosach, dla 4 list, te właśnie osoby najczęściej zdobywają mandaty. Środek listy w zasadzie odpada. No chyba, że dany komitet uzyska naprawdę dużo głosów – wtedy mogą wejść do rad kandydaci z kolejnych pozycji.

Tak więc, niezależnie na kogo zagłosujecie, i tak przejdą (w większości) osoby, które według układających listy, przejść mają. Czy warto iść na wybory, skoro i tak prawie wszystko jest ustalone? Tak, warto. Bo nawet jedna dana liczbowa może zmienić cały rachunek. Zwłaszcza matematyczny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *